Ala rozpoczęła najdłuższy maraton życia

Monika Dziuma
Kiedy bliska nam osoba staje w obliczu choroby, nasz świat nagle się wali. W przypadku, kiedy choroba ta jest naprawdę ciężka, zrobilibyśmy wszystko, by tylko nasza ukochana osoba wróciła do nas cała i przede wszystkim zdrowa...

Alicja Rybińska niegdyś była znaną wągrowiecką biegaczką. Dziś zmaga się z trudną chorobą.

- Tutaj mam segregator z większością wycinków z gazet, które dotyczą Ali. Tyle tego było... Tutaj na maratonie w Poznaniu, tutaj w Krakowie, tutaj ze swoim dziadkiem, który także kochał biegać - mówi ojciec wągrowczanki, pan Jan, pokazując nam wycinki.

Mężczyzna wspomina, że wraz z córką zjeździł całą Polskę. - Głównie to ja wyszukiwałem dla Ali maratony w kolejnych miejscowościach. Ona tak bardzo kochała biegać. Kiedy w Damasławku nie miała sobie równych, trafiła do klubu „Olimpia” w Poznaniu. Ona jednak była wolna jak ptak. Nie lubiła biegać krótkich dystansów i nie lubiła, gdy klub narzucał jej dany bieg. Pokochała biegi uliczne od pięciu do nawet czterdziestu dwóch kilometrów. Ja zawsze jeździłem na biegi z nią. Czasem stałem z boku i obserwowałem, czasami jechałem za nią na rowerze. Byłem dumny z każdego kolejnego osiągnięcia Alicji. Ona każdy bieg kończyła w pierwszej piątce, a bardzo często stawała na podium - opowiada pan Jan.

Na potwierdzenie tych słów ojciec pani Ali pokazał nam pomieszczenie, gdzie przechowuje puchary zdobyte przez sportsmenkę. Faktycznie, półki aż uginały się od ciężaru coraz to większych trofeów. - Jednymi z największych osiągnięć naszej córki było zdobycie V i VIII miejsca na Mistrzostwach Polski. Ala startowała również e eliminacjach do Mistrzostw Świata w Pekinie. Przegrała o setne sekundy z Moniką Drybulską, która ostatecznie wzięła w nich udział - wyjaśniła nam mama kobiety, pani Irena.

Rodzina zgodnie wyjawia, że pani Ala zawsze była fighterką. Nie lubiła przegrywać. - Biegała z wieloma sportsmenami, których dzisiaj możemy oglądać na różnych mistrzostwach w telewizji. Zawsze, kiedy oglądamy biegi śmiała się, że gdyby ją tam wpuścili, pobiegłaby lepiej. Bieganie było całym jej światem - słyszymy od ojca kobiety.

Po ślubie pani Ala przeprowadziła się z rodzinnego Damasławka do Wągrowca. Choć z wykształcenia jest technikiem ochrony osób i mienia, rodzina opowiada, że zawsze podążała za przygodami. - Często wyjeżdżała do pracy za granicę. Mówiła wtedy, że zwiedzi trochę świata, a przy okazji coś zarobi. Siostra nie należy do osób lubiących stateczność. Wszędzie jest jej pełno - mówi siostra kobiety.

Pięć lat temu, właśnie podczas pobytu w Holandii pani Ala przeszła dwie pierwsze operacje. - Wykryli u niej raka jajnika i aorty. Przeszła operację w bardzo szanowanej holenderskiej klinice i wróciła do zdrowia. Jednak jej największym marzeniem było zajście w ciążę. Wiedziała, że ma jeszcze jeden jajnik, dzięki któremu może spełnić swoje marzenie. W lutym byłam z nią w szpitalu w Poznaniu na badaniu. Wtedy usłyszała od lekarki, że: albo ciąża, albo wyrok. Ala jest dość pozytywną osobą, więc po wyjściu ze szpitala stwierdziła, że przecież nic złego nie może się wydarzyć... - opowiada ze łzami pani Ania.

Jednak wydarzyło się coś, co całkowicie odmieniło życie kobiety. - W maju tego roku Ala znów pojechała do pracy za granicę. W dzień bierzmowania mojej córki siostra zadzwoniła do mnie. Powiedziała, że bardzo źle się czuje. Chciałam do niej pojechać od razu i przywieźć ją z powrotem. Poprosiła jednak, byśmy przyjechali dzień po bierzmowaniu. Tak też zrobiliśmy. Kiedy dotarłam do Amsterdamu, nie wierzyłam własnym oczom. Moja siostra wyglądała, jakby była w dziewiątym miesiącu ciąży. Miała wielki, wzdęty brzuch. Dotarliśmy do szpitala w Wągrowcu, skąd zostaliśmy przekazani do Poznania. Diagnoza lekarza okazała się nijako wyrokiem: Ala ma raka śluzaka z przerzutami. Ten rodzaj nowotworu jest niezwykle rzadki i bardzo niebezpieczny. W jej brzuchu zbiera się galaretowaty śluz - mówi pani Ania.

Dziś biegaczka jest już po pierwszej chemioterapii. Drugą zaplanowano na 10 lipca, w dniu jej urodzin. - To również moje urodziny. Tak bym chciała, by stał się cud i byśmy otrzymały najpiękniejszy w życiu prezent, zdrowie Alicji... - płacz nie pozwala dłużej mówić pani Annie.

Bliscy odwiedzają panią Alicję w szpitalu codziennie. Co jakiś czas kobieta przyjeżdża do domu.

- W szpitalu natomiast ciągle żartuje. Kiedy tylko ma siły, robi sobie makijaż, bo w ten sposób udowadnia sobie, że potrafi walczyć z chorobą. Miewa różne nastroje, do południa jest radosna, a z biegiem kolejnych godzin gaśnie... Staramy się przy niej być silnymi. Ona przy nas też zgrywa twardzielkę - tłumaczy pan Jan.

Uwaga na chińskie telefony

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie