Przeżyli wywózki na Sybir, rzeź wołyńską... Miłość znaleźli pod Wągrowcem

Arkadiusz Dembiński
Arkadiusz Dembiński
Helena i Tomasz Głos z Sienna pod Wągrowcem świętowali 65-lecie małżeństwa. Oboje urodzili się na Kresach, na Ziemi Wołyńskiej... Przeżyli agresję radziecką, próby wywózki na Sybir, rzeź wołyńską. Po wojnie zamieszkali pod Wągrowcem, gdzie się poznali...

W ostatnich dniach jubileusz małżeństwa obchodzili Helena i Tomasz Głos z Sienna pod Wągrowcem. - Poznaliśmy się w Siennie. Mieszkaliśmy w sąsiedztwie - wspominają jubilaci. Para, co ciekawe, nie pochodzi jednak z naszego powiatu. Oboje urodzili się na dalekich Kresach, nieopodal dawnej granicy pomiędzy Polską a Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich, na Ziemi Wołyńskiej. - Wówczas jednak się nie znaliśmy. W 1939 roku zarówno ja jak i Tomasz mieliśmy po 10 lat - wspomina pani Helena.

Ojciec pani Heleny Bolesław Miłopolski, jak wspomina kobieta, niegdyś był wojskowym, ułanem, za zasługi dla kraju otrzymał ziemię pod miastem Równe. - W okolicy grunty dostali także inni byli wojskowi. Z jednej strony mieliśmy osadę polską, z drugiej ukraińską. Przed wojną wszyscy żyliśmy w zgodzie. Ukraińców zapamiętałam jako bardzo sympatycznych i gościnnych. Kontakt z nimi miałam każdego dnia, służba u nas w domu była właśnie ukraińskiego pochodzenia. Choć nie byli bogaci, byli bardzo weseli i mili - wspomina pan Helena. Jej jak i jej najbliżej rodziny nie spotkało nic złego ze strony ukraińskich sąsiadów. - W 1939 roku wkroczyli Rosjanie. Natychmiast nas „rozkułaczyli”. Tak wyjaśniali zabór majątku należącego do mojej rodziny - wspomina kobieta. Początkowo jednak nic nie wskazywało tego co ma nadejść później. - W porę zostaliśmy ostrzeżeni właśnie przez naszą ukraińską służbę. Poinformowali nas, że rozpoczną się wywózki na Sybir. W naszym odczuciu było to jednoznaczne z karą śmierci... Ojciec postanowił nas ratować. Mnie i resztę rodzeństwa ukrył w domach biednych Polaków mieszkających po sąsiedzku - opowiada pani Helena. Jak tłumaczy warunki panujące w domu, w którym została umieszczona wraz z siostrą, były fatalne. Nie brakowało między innymi wszy. Jak wspomina kobieta, jej ojciec postanowił przedrzeć się do będącej wówczas pod niemiecką okupacją Częstochowy. Tu pracowała jego krewna, która dzięki studiom w Niemczech znalazła pracę w urzędzie. To od niej otrzymał podrobione dokumenty dla siebie i całej rodziny. Z nimi powrócił na Kresy. - Do Polski miał nas przeprowadzić wynajęty przewodnik. Otrzymał pieniądze i złoto. Łącznie miał prowadzić grupę szesnastu osób. Niestety, jak się okazało uciekł. Wówczas całą grupę przez granicę postanowił przeprowadzić ojciec. Prawie udało się przejść niepostrzeżenie. Na samej granicy napotkaliśmy jednak patrol niemiecki. Część osób, wbrew poleceniu ojca, aby położyć się na ziemi, zaczęła uciekać. Oni wpadli w ręce wojska. Nam udało się przejść - wraca pamięcią do tamtych wydarzeń pani Helena, która do końca wojny wraz z rodziną mieszkała na ziemiach okupowanej Polski. Ojciec pani Heleny z racji, że mówił płynnie po niemiecku znalazł zatrudnienie jako zarządca w niemieckim majątku. Po wojnie jej rodzina otrzymała gospodarstwo w Siennie, na którym dziś mieszka wraz z mężem, synem i jego rodziną. Losy pana Tomasza, który po wojnie zamieszkał w sąsiednim gospodarstwie, są zupełnie odmienne niż pani Heleny.

- Przed wojną mieszkaliśmy w Janowej Dolinie. Ojciec był technikiem budownictwa drewnianego. Żyliśmy skromnie. Mieliśmy praktycznie tylko dom i siebie. W Janowej funkcjonowała niegdyś kopalnia bazaltu. Gdy w 1939 roku wkroczyli Rosjanie, było ciężko. Brakowało jedzenia. Ojciec znalazł jednak pracę. Już jednak nie na kierowniczym stanowisku, lecz nadzorował pracę fizycznych robotników przy budowach - wspomina.

W 1941 roku miejsce Armii Czerwonej zajął Wehrmacht. Z czasem, jak opowiada pan Tomasz, do Janowej Doliny zaczęły docierać informacje o zbrodniach w okolicy. - Mówiono, że zaczęli ginąć Polacy. Jeśli ktoś oddalił się po zmroku poza miejscowość, często już nie wracał - wyjawia pan Tomasz.

W Janowej, która była sporą osadą, długo było jednak spokojnie. - Ukraińcy zapewne obawiali się zbrojnie wystąpić przeciwko społeczeństwu Janowej. Nie ze względu na Polaków, ale na ewentualną reakcję Niemców. W miejscowości stacjonowały bowiem dwa oddziały niemieckie. Ukraińcy zapewne obawiali się, że ewentualne wystąpienie zbrojne tak blisko wojsk niemieckich mogłoby spowodować poczucie ich zagrożenia, w efekcie krwawy odwet właśnie na nich ze strony wojskowych - dopowiada mężczyzna. W kwietniu 1943 roku jednak to się zmieniło. W nocy z 22 na 23 kwietnia miała miejsc rzeź ludności Janowa. Ukraińcy w końcu zaatakowali. - U nas jednak większość osób nie ginęła od strzałów, czy uderzeń siekierami, choć i takie przypadki były, jak na przykład mord na czternastoletniej chorej dziewczynce, która znajdowała się w pobliskim szpitalu i 82-letnim lekarzu, który zdecydował się nie uciekać z resztą personelu, ale pozostać przy niej. Ukraińcy ich nie oszczędzili... Ich ciała z rozrąbanymi głowami znaleziono następnego dnia rano. Co do wydarzeń z nocy, to większość osób zginęła w płomieniach. Większość budynków była drewniana. Domy posiadały jednak murowane piwnice. To w nich wiele osób szukało schronienia. Okazały się pułapkami, miejscem z którego nie było jak wyjść, gdy Ukraińcy podpalili dom. Ojciec nam zakazał chować się w piwnicy. Gdy rozpoczęła się rzeź, całą rodzinę wyprowadził do pobliskiego lasu. A dalej szliśmy w okolice niemieckich okopów. W odległości około 100 metrów od nich położyliśmy się na ziemi i tak przeczekaliśmy do rana. Byliśmy na tyle daleko od Niemców, że żołnierze nie strzelali, a na tyle blisko, że Ukraińcy bali się podejść. Niestety, Niemcy nie przyszli z pomocą ludności polskiej. Zginęło tej nocy w Janowie około 600 osób. Nasz dom ocalał. Spędzaliśmy w nim czas tylko w ciągu dnia, bowiem każdej nocy szliśmy spać pod niemieckie okopy. Trwało to do czasu naszego wywiezienia przez Niemców na tereny okupowanej Polski - wspomina pan Tomasz. Rodzina pana Tomasza na ziemiach polskich mieszkała do zakończenia zmagań wojennych. Po zakończeniu wojny, podobnie jak rodzina pani Heleny, także otrzymała ziemię w Siennie. Co więcej przez... miedzę ze swoją przyszłą żoną.

Uwaga na chińskie telefony

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie