Skoczanka przemierzała Indochiny. Niesamowite zdjęcia z wyprawy podróżniczki

Arkadiusz Dembiński
W kolejną podróż wybrała się Małgorzata Wojciechowska ze Skoków. Podróżniczka, która na swoim koncie ma między innymi wejście na najwyższy szczyt Afryki - Kilimandżaro, przemierzanie afrykańskich Sawann czy wędrówki po najwyższych górach świata - Himalajach. Tym razem zdecydowała się na kolejną wyprawę do Azji.

- Wyruszyłam w tym samym składzie, w którym wchodziliśmy między innymi na Kilimandżaro. To ludzie z całego kraju, którzy tak samo jak ja są zafascynowani podróżami. Azja, a dokładniej Indochiny zawsze mnie pociągała. Tamta kultura, znacznie odmienna od naszej, religia, życie ludzi to coś, co mnie zawsze fascynuje w podróżach - wyjaśnia kobieta. W przeciwieństwie do wyprawy na Kilimandżaro, ten wyjazd nie był poprzedzony szeregiem przygotowań. - Osoby, które pierwszy raz wybierają się w taką podroż powinny się jednak zaszczepić przeciwko tropikalnym chorobom. Ja z racji wcześniejszych wyjazdów miałam aktualne szczepienia. Przed każdą podróżą warto jest także poczytać o miejscu, w które jedziemy. Wiedzieć co nas może czekać, dowiedzieć się czegoś o kulturze, która jest odmienna od europejskiej - wyjaśnia podróżniczka.

Skoczanka wraz ze znajomymi w Azji postanowiła tym razem spędzić aż miesiąc. Do pierwszego celu - Bangkoku - podróżnicy lecieli z przesiadką na największym lotnisku świata w Dubaju. - Jest to naprawdę kolos. Gdyby nie oznaczenia, tabliczki, można się tam bez problemu zgubić - wyjaśnia. Bangkok był jednak tylko chwilową stacją do dalszej podróży - Laosu. Tu podróżnicy mieli okazję uczestniczyć między innymi w medytacjach prowadzonych przez „pomarańczowych mnichów”. - Tego rodzaju medytacje odbywają się albo w godzinach porannych albo wieczornych. Zaczyna je delikatne uderzenie w gong. Następnie rozpoczynają się medytacje, w czasie których mnisi cały czas odmawiają swoje modlitwy. Po kilku godzin takiego wyciszenia trzeba było naprawdę uważać, aby wychodząc, na przykład nie wpaść pod jakiś pojazd. W Luang Prabang uczestniczyliśmy w obrzędzie „tak bat” czyli obrzędzie składania darów. Dla miejscowych to norma. Dla osób z zewnątrz było to coś niepojętego. Wzdłuż ulicy siadali ludzie z wcześniej zakupionymi darami, jedzeniem. Środkiem szli mnisi. Każdy miał przy pasie przypięte coś na wzór bukłaku, do którego wkładał zebrane dary. Jak udało się nam dowiedzieć, te później trafiają do osób potrzebujących, ludzi, których można spotkać na biednych ulicach miast - wspomina.

Z Laosu podróżnicy wyruszyli do Kambodży. - Podróżowaliśmy głównie w nocy, aby nie tracić dnia na zwiedzanie. Jak policzyliśmy, w czasie wyprawy podróżowaliśmy trzynastoma środkami lokomocji, był samolot, pociąg, ale także riksze czy tuk tuki - wspomina.

W Kambodży podróżnicy zobaczyli między innymi słynny kompleks świątynny Angkor Wat. - Jest on wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jeśli ktoś wybiera się do Kambodży na zwiedzanie samego Angkor Wat, radzę zarezerwować sobie minimum trzy dni, choć można tu spędzić także i znacznie więcej czasu - wyjaśnia. Jak tłumaczy podróżniczka, do biletu wstępu każdy odwiedzający będzie potrzebował własne zdjęcie oraz konieczne będzie podanie numeru paszportu, który także zostanie umieszczony na bilecie. - Osoby, które chcą zrobić tu niezapomniane zdjęcia zabudowy świątynnej odbijającej się w wodzie muszą liczyć się z tym, że będą musiały wstać jeszcze w nocy. Kolejki zbierają się tu bowiem już około godziny 4 rano - wyjaśnia.

Jak przyznaje podróżniczka, życie w miastach nie różni się znacznie od życia w Europie. - W sklepach bez problemu można kupić wszystko i to tanio, w przeliczeniu na złotówki. Dzieli nas kultura, język, religia... łączy technologia. Na ulicach, w restauracjach miast można dostrzec dobrze ubrane osoby wpatrujące się w ekrany swoich telefonów. Widok niczym od nas - wspomina. Jak przyznaje, jednak nie wszędzie tak jest. Podróżnicy postanowili z miasta przejść do dżungli. Celem ich marszu przez dżunglę była niewielka wioska Vieng Hin. - Wcześniej był tu już jeden z moich znajomych, który także pojechał z nami. Tam sytuacja była znacznie odmienna. Wyruszając do wioski postanowiliśmy wcześniej kupić przybory szkolne, tornistry dla dzieci. Z racji, że dotarliśmy tam 6 grudnia, w Mikołajki dzieciom dałam także czekoladki - gwiazdorki, które zabrałam ze sobą z Polski - wspomina pani Małgosia.

Jak wspomina, życie w wiosce w dżungli było bardzo skromne. Ludzie jednak dla przybyszów byli niezwykle otwarci, przyjaźni.

Podczas wyprawy podróżnicy zdecydowali się przeprawić także na niewielką wyspę, na której mieszkało zaledwie kilka rodzin. - Owoce, które można jeść wprost z drzewa, to coś niesamowitego. Smak cytrusów jest znacznie inny niż ten z naszych sklepów - wyjaśnia. Nieplanowanym punktem podróży było przepłynięcie do Wietnamu...

Uwaga na chińskie telefony

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie